
Z Olą i Leo poznaliśmy się kilka lat temu podczas sesji rodzinnej. Już wtedy między nami zaiskrzyło… fotograficznie oczywiście 😉 Więc kiedy zadzwonili z wiadomością, że biorą ślub – i że nie wyobrażają sobie, żeby ktokolwiek inny miał towarzyszyć im z aparatem – serce mi urosło. Zwłaszcza, że ten dzień był podwójnie wyjątkowy.
Poza ślubem w plenerze, odbył się również chrzest ich dzieci – jeśli dobrze przyjrzycie się galerii, na pewno traficie na te kadry. To był dzień pełen emocji, światła i bliskości. Bez pośpiechu, bez sztywnego scenariusza, za to z mnóstwem szczerych uśmiechów, przytuleń i momentów, które chciało się zatrzymać na zawsze.
Osobiście uwielbiam takie imprezy – były leżaki, prosecco, spontaniczne tańce, przytulenia i ogrom wzruszeń.














































































